SALEZJAŃSKI RUCH TROSKI O MŁODZIEŻ

sl logo

saltrom 1-procent

Rejs pNasza przygoda z Rejsem Niepodległości rozpoczęła się ponad rok temu, kiedy zdecydowaliśmy się wziąć udział w konkursie. Pierwszym etapem było internetowe głosowanie na zdjęcia, natomiast drugim test z wiedzy.

Ponieważ hasłami przewodnimi było świętowanie setnej rocznicy odzyskania przez Polskę niepodległości, a także symboliczne dopłynięcie z Polski na Światowe Dni Młodzieży w Panamie, oprócz żeglarstwa pojawiły się też pytania z historii oraz wiedzy o „morzu w Biblii”. Po ogłoszeniu wyników wybieraliśmy interesujące nas etapy podróży. Jednak w to, że Rejs się odbędzie, uwierzyłam dopiero w momencie, gdy 20 maja 2018 roku Dar Młodzieży wypłynął z portu w Gdyni.
Yacht Club Saltrom miał silną ekipę reprezentantów wśród laureatów konkursu, a pierwsi „z naszych” płynęli na odcinku Szczecin-Teneryfa, a dalej pojawialiśmy się też m.in. w Kapsztadzie, Singapurze, Osace, Los Angeles, Panamie, Miami, Londynie, a także w porcie kończącym rejs – Gdyni, czyli w zasadzie łącząc nasze doświadczenia opłynęliśmy cały świat!
Zanim jednak zostaliśmy zaokrętowani każdy z nas musiał przejść tygodniowy zintegrowany kurs bezpieczeństwa STCW, gdzie oprócz zapoznawania się z zagadnieniami teoretycznymi mieliśmy także zajęcia pożarowe na poligonie oraz na basenie, w czasie których ćwiczyliśmy skoki ratunkowe do wody i wchodzenie na tratwę. Potem pozostało już „tylko” spakować bagaż i ruszać w drogę. Dla niektórych okazało się to nie lada wyzwaniem, bo na miejscu mieliśmy do dyspozycji 1 szafkę na swoje rzeczy, a wyjeżdżaliśmy na miesiąc lub dwa i trzeba było zabrać ubrania na każdą pogodę.
Życie nas statku było bardzo uporządkowane. Od razu po przyjeździe wszyscy załoganci zostali przydzieleni do jednej z trzech wacht i przez cały rejs każdy dzień toczył się takim samym rytmem. Wachta I pracowała w godzinach 0-4 i 12-16, wachta II 4-8 i 16-20, a wachta III 8-12 oraz 20-24. Pomiędzy godzinami swojej pracy jedliśmy posiłki oraz mieliśmy czas wolny, który większość z nas wykorzystywała na sen. Każda wachta była odpowiedzialna za inne prace: I za obieranie ziemniaków, II – za porządki na statku, a III – za segregację śmieci. Oprócz tego podczas 8 godzin pracy dziennie byliśmy zaangażowani w prace konserwacyjno-porządkowe: zdzieranie rdzy, która co chwilę się gdzieś pojawiała, malowanie, polerowanie mosiądzu. Jednak to, co najciekawsze i co każdy z nas na pewno zapamięta na długo to prace związane z żaglami. Od pierwszego dnia ćwiczyliśmy wychodzenie na maszty oraz reje, żeby nabrać wprawy. Już w pierwszym tygodniu trzeba było zdać też ustny sprawdzian u bosmana ze znajomości kilkudziesięciu lin!
Moim etapem był rejs przez ocean z Osaki do Los Angeles. Jak wyglądała codzienność „kiedy szliśmy przez Pacyfik”? Przydzielono mnie do II wachty i co dzień o 3.30 miałam pobudkę. Wiele razy myślałam wtedy, żeby zawinąć się w kołdrę i spać dalej, ale trzeba było wstać, a przepiękne wschody słońca wynagradzały wszystko. Na naszych wachtach mieliśmy dużo pracy przy linach i żaglach, ponieważ ⅔ przelotu płynęliśmy nie używając silnika. Za każdym razem, kiedy wychodziłam na kolejne reje, było to coś niesamowitego. Z jednej strony adrenalina i pewien strach, że jest się już na wysokości 17, 30 czy nawet 49 metrów nad pokładem, a tu jeszcze trzeba poskładać żagle. Z drugiej, widziało się mały obszar „Daru” na tle bezkresu oceanu i jak sięgnąć wzrokiem widoczne były tylko fale.
Płynąc przez Pacyfik przez 34 dni nie zawijaliśmy do portu. Nie mijaliśmy żadnego lądu ani nawet statku. Rozróżnialiśmy wtorek i sobotę, kiedy otwarta była kantyna, piątek z płytą serów na śniadanie oraz niedzielę z Mszą świętą w salonie kapitańskim. Poza tym każdy dzień toczył się takim samym rytmem, trzeba było walczyć o plasterek sera do kolacji czy miejsce w kolejce do pralni. Nie było żadnych wolnych weekendów, bo fregata płynęła dalej. Co ciekawe ocean każdego dnia wyglądał trochę inaczej i mienił się różnymi barwami. Doświadczyliśmy zupełnej flauty (gdy dosłownie można się było przejrzeć w tafli oceanu) oraz sztormów. Podczas najsilniejszego wiatru (11B) fale rzeczywiście były ogromne, Darem mocno szarpało i gdy nie było potrzeby załoga miała pozostać pod pokładem. Mimo to, znając filmowe obrazy sztormów, spodziewaliśmy się, że będzie gorzej, ale tak duża jednostka jest w miarę stabilna nawet w trudnych warunkach.
Półtora miesiąca na „Białej Fregacie” było świetnym sprawdzianem dla każdego z nas. W zasadzie cały czas przebywaliśmy z innym ludźmi. Nie mieliśmy miejsca tylko dla siebie, bo w kubryku spało razem 10 osób, jedliśmy na jednej mesie i siedzieliśmy na pokładzie. Czasem trzeba było szukać u siebie dużych pokładów cierpliwości, a czasem liczyć, że inni okażą ją w stosunku do naszych „humorów”. Pod koniec mojego odcinka, na kotwicowisku przy Los Angeles, obchodziliśmy Boże Narodzenie i choć nasi bliscy byli na drugim końcu świata, dzięki rozmaitym sytuacjom przeżytych razem załoga czuła się jak „darowa” rodzina. Niezależnie od stanowiska na statku wszyscy składali sobie życzenia, które trwały prawie 2 godziny. Wigilia była też jednym dniem, kiedy na wachtach panowało rozluźnienie, kucharze ugotowali typowe świąteczne potrawy i upiekli ciasta, a my mogliśmy się najeść do woli. :)
Płynąc w Rejsie Niepodległości żyliśmy i pracowaliśmy jak marynarze, poznaliśmy nowe wody i zobaczyliśmy różne zakątki świata. Niezależnie czy ktoś będzie jeszcze chciał wrócić na żaglowiec, czy nie, jestem pewna, że rejs Darem Młodzieży był niepowtarzalną przygodą!

Asia Rokita

rejs 1   rejs 2   rejs

 

rejs 4    rejs 5    rejs 3   

 

 

banner 1-procent